Strona główna OIL

   


 
Z żartobliwych wspomnień współpracowników Profesora Mariana Tulczyńskiego o swoim Szefie
Wspomnienie

      Pani Profesor Krystyna Bernacka, wówczas asystentka w Klinice profesora Tulczyńskiego, tak wspomina historię, która wydarzyła się asystentowi Kliniki, doktorowi Mieczysławowi Nietupskiemu.
      "Profesor Tulczyński robił codzienną wizytę z asystentami na kilku salach chorych; los zrządził, że wizyta wypadła w sali prowadzonej przez Mietka Nietupskiego. Referując jednego z chorych, którego doktor Nietupski nie zdążył jeszcze opisać, zaczął czytać profesorowi tekst z pustej historii choroby. Kolega Mieczysław, będąc słusznego wzrostu i potężnej budowy, trzymał wysoko historię i sądził, że Szef nie zauważy tej mistyfikacji. Profesor rzeczywiście zachował olimpijski spokój i z uwagą słuchał. Po wizycie, jak zwykle wyszedł na korytarz ze wszystkimi asystentami. Zamiast jednak omawiać poszczególnych chorych, podszedł do kolegi Nietupskiego, wziął go za krawat i powiedział, że wstyd mu za asystenta, który okłamuje profesora udając, że czyta historię choroby, której nie napisał. Kolega Mieczysław, świetny internista i niezwykle uczciwy, głęboko przeżył to wydarzenie. Bardzo też później starał się odzyskać dobre imię u Profesora, co oczywiście nastąpiło".

      Wspomina Profesor Michał Bielawiec.
      "Kiedyś, podczas codziennej odprawy, w gabinecie szefa na parterze, wszedł listonosz z telegramem. Profesor otworzył go i z uśmiechem przeczytał: "leze w lusku - Fujanka". Wśród salwy śmiechu asystentów, powiedział: "sądząc z treści telegramu kol. Helenka Fujarska jest chora".
      Ale nie zawsze było tak cudownie, zdarzało się, że Profesor był zdenerwowany, wręcz zły, zespół był bowiem młody, niedoświadczony. Wtedy zwracał się do zespołu: "ja bardzo przepraszam, ale ..."
      Po pracy w klinice Profesor zwykł odpoczywać w domu leżąc około godziny, potem trochę nudził się (rodzina - żona i małe dzieci były w Warszawie), brał więc telefon i dzwonił do znajomych: "co robicie, może wpadnę do was?"


Pisze Doktor Ryszard Grabowski.
      "Nazywaliśmy Profesora "Maniek", lub jak komuś nastąpił na odcisk "żółtek" (z racji blond-żółtawych włosów). To był człowiek ogromnej wiedzy medycznej, wzór dobrych manier, towarzyski. Pochodził ze Szkoły Witolda Orłowskiego i wpajał nam zasady tej szkoły w Klinice. Wymagał precyzyjnych i dobrze gramatycznie zbudowanych sformułowań, niesamowitej dokładności w badaniu podmiotowym i przedmiotowym, szybkiej interpretacji badań dodatkowych.
      Znaliśmy Go jeszcze z Warszawy, gdy był docentem u prof. E. Biernackiego. Pamiętam tamte obchody, szedł prof. Biernacki, potem starali się dotrzymać mu kroku docenci, dalej dreptali asystenci, a potem długo nic i biegli studenci. U nas w Klinice odbywało się to także, ale w sposób sympatyczny, chociaż referujący asystent był często podpytywany przez profesora. Wśród asystentów dominowała uczelnia warszawska, było nas sześcioro z tego samego kursu i dwoje starszych.
      Profesor wymagał czystego polskiego języka lekarskiego, bez neologizmów, np. nie można było absolutnie napisać lub powiedzieć "akcja" serca, tylko czynność, nie "waga" ciała, tylko ciężar, nie "astma" oskrzelowa, ale dychawica. Stawialiśmy pełne rozpoznanie lekarskie (wyczerpujące), np. w częstej wówczas prawokomorowej niewydolności krążenia musiały być wyszczególnione konkretne objawy: myodegeneratio cordis arteriosclerotica in stadio decompensationis circulatoriae chronicae: dyspnoë, cyanosis, anasarca, venostasis pulmonum et hepatis. Zwykle na końcu rozpoznania było caries dentium. Trzeba było też pamiętać, że do badania przedmiotowego należy również badanie per rectum.
      Sami obliczaliśmy pod mikroskopem rozmaz białokrwinkowy, oznaczaliśmy grupę krwi i wykonywaliśmy krzyżówkę, sami przeprowadzaliśmy badanie treści żołądkowej i zgłębnikowanie dwunastnicy (pod mikroskopem szukaliśmy lamblii i zażółconych leukocytów w żółci B i C), nie mówiąc już o nakłuciach jamy opłucnowej, brzusznej i mostka. W leczeniu nie było polipragmazji, obowiązywała zasada trzech podstawowych leków.
      Profesor był, mówiąc oględnie, oszczędny w wydatkach. Kiedyś byliśmy na zjeździe w Trójmieście. Po obradach Profesor zaproponował pójście do lokalu w Sopocie. Wiele sobie po tym obiecywaliśmy. W lokalu (było nas pięcioro) profesor zamówił dwa syfony wody sodowej.
      W każdym roku organizowaliśmy kliniczne bale karnawałowe. Zaczynał je polonezem Profesor w parze z dr Jadwigą Tomaszewicz-Hofman (była najstarszą lekarką). Miał zwyczaj, gdy siedział za biurkiem w czasie rozmowy, czy podczas posiedzenia naukowego, trzymać w prawej ręce ołówek i postukiwać nim o biurko. Każdy asystent miał przydzielone czasopismo lekarskie, musiał śledzić doniesienia i ciekawsze referować na posiedzeniach. My asystenci byliśmy dumni z tego, że mamy tak wspaniałego szefa. Potrafił wpoić zasady szkoły Orłowskiego w takim stopniu, że do dziś stosujemy je wiernie w praktyce lekarskiej. Mało tego, przekazaliśmy je również wielu pokoleniom studentów, nawet dziś spotykam tego dowody."


      Wspomina Profesor Zofia Pietruska.
      "Zespół pracowników Kliniki był bardzo zróżnicowany, kilku starszych doświadczonych lekarzy, a wśród nich Włodzimierz Zankiewicz, Zofia i Andrzej Kalicińscy, Piotr Boroń, Mieczysław Nietupski czy Jadwiga Tomaszewicz, a pozostali asystenci bezpośrednio po studiach, bez doświadczenia klinicznego i w pracy dydaktycznej ze studentami. Organizacja nowopowstałej kliniki wymagała wyjątkowego zaangażowania, więc Profesor był zawsze zajęty i zabiegany, pełen różnych i nie zawsze możliwych do realizacji pomysłów. Nie zaniedbywał jednak obchodów na salach chorych, które były wspaniałą lekcją i zarazem egzaminem dla asystentów. Szczególną uwagę Profesor przywiązywał do prowadzenia historii choroby. Sprawdzał osobiście wywiad i prawie zawsze coś w nim brakowało, nawet w wyjątkowo starannie prowadzonej dokumentacji przez doktor Tomaszewicz. Ostro reagował na niepotrzebne badania dodatkowe. Niekiedy tracił cierpliwość i na zebraniach klinicznych gromił nas, zaczynając od słów "proszę państwa". Można było z nim dyskutować w przekonaniu o swojej racji, miał także poczucie humoru. Gabinet profesora i sekretariat był na parterze, a pokój lekarski na I piętrze. Pewnego dnia, asystentowi wykładowemu, skądinąd spokojnemu i zrównoważonemu, Profesor polecił na "cito" załatwienie kilku spraw. Po niedługim czasie doszło następne polecenie i wtedy nasz kolega nie wytrzymał i wg relacji świadków poprosił Profesora o zakup szczotki z długim kijem, żeby mógł równocześnie biegając z góry na dół zamiatać schody. Profesor zaniemówił, ale się nie pogniewał i nie zmienił stosunku do kolegi.
      Pamiętam także piękny czerwcowy ranek kiedy biegłam spóźniona do pracy i zobaczyłam idącego za mną szefa. Przyśpieszyłam jak się tylko dało i wpadłam do sekretariatu aby podpisać listę obecności. Po kilku minutach pojawił się profesor, czerwony, spocony i zadyszany. Palcem wskazał na swój ręczny zegarek. Próbowałam odwrócić sytuację i powiedziałam, że już nigdy nie spóźnię się, a pan Profesor nie musi przecież przestrzegać czasu rozpoczęcia pracy. I wtedy usłyszałam: "Pani doktor, nie miałem zamiaru ganić Pani za to kilkuminutowe spóźnienie, chciałem panią dogonić, żeby gawędząc w towarzystwie dojść do kliniki, a pani tak przede mną uciekała, że tchu mi zabrakło."


Biuletyn nr 5/2011 - pismo Okręgowej Izby Lekarskiej.
Wydawca: Okręgowa Rada Lekarska w Białymstoku.
Dla członków izb lekarskich bezpłatnie.

Wstecz  
W górę ekranu  
Copyright (c) 2004-2020